Polska,  pomorskie,  Rowerem,  Travel,  zachodniopomorskie

Rowerem wzdłuż wybrzeża – dziennik wyprawy

Wycieczka rowerem po wybrzeżu nie była moim pierwszym takim pomysłem. Pierwsze były wakacje na rowerze trasą Green Velo. I nie skończyło się to dobrze. Ból dłoni, ból karku, ponadrywane mięśnie, zaciągnięta rzepka. Kolejnym pomysłem był czerwony Główny Szlak Beskidzki. Te wakacje też skończyły się przed czasem. Poniekąd przez naszą beztroskę, ale też z powodu problemów zdrowotnych. Tym razem naprawdę chciałam, żeby się w końcu udało.

I się udało. Pojechaliśmy, jeździliśmy, dojechaliśmy – i nikt nie zginął, ani nie doznał urazu. Tym razem podeszłam do tematu z większym luzem, ale też mądrzejsza o doświadczenia z poprzednich wyjazdów. O błędach, których tym razem udało się uniknąć napisałam w artykule: 3 błędy, których nie popełniłam ponownie. I jeden nowy. Green Velo v. R10, ale co naprawdę pozwoliło mi pojechać i przejechać zaplanowaną trasę to fakt, że udało mi się odgadnąć co powoduje moje bóle dłoni. I co powstrzymywało mnie od jeżdżenia na rowerze od ładnych kilku lat.

Ten wpis będzie długi, ale postanowiłam się z Wami podzielić zapisem dziennika wyprawy. Mam nadzieję, że będzie to dla Was chociaż trochę ciekawe. Jeżeli macie jakieś pytania dotyczące wyprawy – to zapraszam do ich zadawania w komentarzach.

DZIEŃ PIERWSZY + PODRÓŻ

Ruszamy na naszą wyprawę rowerową wzdłuż wybrzeża. Startujemy z Tychów. Szczęśliwie mieliśmy opcję wyboru połączenia bezpośredniego, więc odpada nam stres związany ze zmianami pociągów z rowerami i sakwami, ale i tak mamy pewne obawy. Ja mam. Rysiek ma bardziej beztroskie podejście do sprawy. Inna rzecz, że nie naczytał się o tym, jakie problemy mają ludzie z rowerami w PKP. A ja się naczytałam.

Na dworzec PKP oczywiście podjeżdżamy rowerami. Pierwsze kilka minut to przyzwyczajenie się do ciężaru roweru i jego innego zachowania. Przy pierwszym wsiadaniu prawie się wywróciłam. Oczywiście w Tychach nie ma wind na dworcu, więc ciężkie rowery trzeba sprowadzić i wprowadzić szynami dla wózków. Jedna osoba prowadzi, druga z tyłu asekuruje.

Udaje nam się zapakować do pociągu bez problemu, nasze wieszaki na rowery są wolne, więc kamień spada mi z serca. Przedział jest w połowie wolny, więc do połowy trasy każdy z pasażerów ma dla siebie po dwa miejsca. Można by się spokojnie zdrzemnąć, ale mi się nie udaje. Potem dosiada się więcej osób, a naprzeciw nas siadają dwie bardzo gadatliwe rowerzystki, które mają zero wyczucia. Wszyscy siedzą cicho, większość drzemie, a te trajkotają. W efekcie przejechaliśmy 12 godzin bez snu, czyli noc zawalona. Na miejsce dojeżdżamy mocno zmęczeni.

Na dworcu w Świnoujściu wita nas oberwanie chmury. Wszyscy sobie pomagają, więc udaje się łatwo i szybko wyładować rowery i bagaże. Na szczęście piętnaście minut później deszcz przechodzi i można ruszać na trasę. My nie przeprawiamy się do granicy, tylko od razu ruszamy na szlak. Na pierwszym miejscu odpoczynkowym za Świnoujściem zatrzymujemy się, żeby się napić kawy i zjeść śniadanie.

Czy to przez zmęczenie, czy z innego powodu, jedzie się średnio, w dodatku wkrótce znów zaczyna lać. Mamy po jednej parze pełnych butów i po jednej parze spodni – nie chcemy ich mieć mokrych, więc podejmujemy decyzję o przebraniu się w krótkie spodenki i klapki. I tak, owinięci dodatkowo w peleryny jedziemy dalej.

Niedługo, po małej wspinaczce przez piach [możecie sobie wyobrazić jak wyglądały moje nogi w mokrych klapkach i skarpetkach po tym spacerku], w końcu nawiązujemy kontakt z morzem. I ode tego momentu już mi nic nie przeszkadza. Jestem szczęśliwa.

Zmoknięci i lekko zmarznięci i przede wszystkim zmęczeni kończymy dzień już w okolicach piętnastej. W Wisełce. W dodatku decydujemy się na nocleg na kwaterze, żeby się porządnie i w cieple wyspać.

Wisełka, to pierwsza miejscowość na naszej trasie z kategorii – byłam na koloniach, zupełnie nie pamiętam. To małe miasteczko z całkiem sympatycznym placem centralnym, przy którym są sklepy i restauracje.

DZIEŃ DRUGI: WISEŁKA – MRZEŻYNO

Wyruszamy z Wisełki wyspani, wypoczęci i pełni optymizmu. Szlak wiedzie drogami rowerowymi. Odwiedzamy naszą pierwszą latarnię – Kikut i docieramy do pierwszego portu – Mrzeżyno. Mrzeżyno, to kolejna miejscowość, w której byłam na koloniach. Podobnie jak w mijanym po drodze Dziwnówku. Oczywiście – obu miasteczek nie pamiętam. Szkoda, że nawet nie mam zdjęć z tych wyjazdów, ale takie były czasy.

Po drodze do Mrzeżyna przejeżdżamy przez Niechorze [tak, byłam tam na koloniach], Rewal, czy Trzęsacz. Trzęsacz, to miejscowość znana z ruin gotyckiego kościoła pod wezwaniem świętego Mikołaja. Kościół ten został zbudowany dwa kilometry od morza, ale na skutek przesuwania się linii brzegowej na początku XX wieku był już na skraju klifu. Jego pierwsza część zawaliła się w 1901 roku, a do dzisiaj, nad zabezpieczonym już klifem znajdziecie tylko fragment ostatniej ściany.

Niechorze z trasy R10 wyglądało nieciekawie. Okropny asfalt, sporo ludzi, kilka budek. Ale była Żabka – więc możliwość kupienia picia i kaktusa, a naprzeciw niej jedna z ładniejszych latarni na szlaku. Latarnia powstała w 1866 roku. Pierwszy raz zaświeciła 1 grudnia tego roku. Nad budynkiem głównym góruje wieża, udostępniona do zwiedzania. Ale żeby dostać się na taras widokowy, trzeba wspiąć się na 208 schodów.

Jak Niechorze zaskoczyło mnie negatywnie, Wisełka była neutralna, tak Mrzeżyno to było zaskoczenie pozytywne. Bardzo sympatyczne miasteczko. Nieduże, klimatyczne, nie przeładowane straganami i chyba nie widziałam tam motylarni. Może mi ktoś powiedzieć o co chodzi z tymi motylarniami? Mrzeżyno ma bogatą historię sięgającą średniowiecza, ładną, piaszczystą plażę i sporą bazę turystyczną. My zdecydowaliśmy się na nocleg na Campingu Portowym położonym nad Regą kilka kroków od portu. Zapłaciliśmy 68 złotych, prysznice były płatne dodatkowo. Camping miał kuchnię w pawilonie, tam też można było podładować sprzęt elektroniczny. Spokojnie możemy go polecić.

DZIEŃ TRZECI: MRZEŻYNO – MIELNO

Pierwsza noc na biwaku przebiegła spokojnie. Rano namiot był tylko lekko wilgotny od rosy, ale zanim zjedliśmy śniadanie, zdążył wyschnąć. Zwłaszcza, że przesunęliśmy go na słońce, jak tylko wyładowaliśmy z niego wszystkie rzeczy.

Z kolonijnych wspomnień tego dnia na trasie mieliśmy Sianożęty i Dźwirzyno. Sianożęty to pierwsza nadmorska miejscowość jaką pamiętam. Miałam prawdopodobnie z sześć lat, kiedy wybraliśmy się tam na rodzinne wakacje. Pamiętam niewiele. Były dni, kiedy okrutnie wiało – sporo zdjęć z tego wyjazdu pokazuje nas w długich rękawach z fryzurami miotanymi wichurą. Była plaga biedronek, które gryzły dotkliwie. I pamiętam, że ośrodek, w którym nocowaliśmy, był naprawdę spory. To był ośrodek należący do Fiata [wtedy chyba jeszcze FSMu], kilka lat później byłam w nim ponownie na koloniach.

Tego dnia przejeżdżaliśmy też przez Kołobrzeg. Miasto wydawało się ładne, ale stanowczo było tam za głośno i za dużo ludzi. W porcie wielkie turystyczne statki puszczające wątpliwej jakości hity na pełny regulator, rowerem ciężko przejechać, ludzie wszędzie – nie patrzący na nic, brak ścieżek rowerowych. Chętnie bym Kołobrzeg odwiedziła poza sezonem, ale tego dnia chciałam jak najszybciej stamtąd uciec. Zjedliśmy więc sobie szybką kanapkę pod latarnią i jechaliśmy dalej.

Jechało nam się tego dnia zupełnie przyjemnie, pogoda była piękna, więc dotarliśmy do Mielna, gdzie na noc zatrzymaliśmy się na kampingu Pana Andrzeja przy Chrobrego 40. Tyły pola namiotowego wychodzą na Jezioro Jamno, na obiekcie są prysznice z ciepłą wodą bez dopłaty, dostęp do prądu na parceli bez dopłaty. Kuchnia jest na wolnym powietrzu, ale jest też zadaszona strefa ze stołami, dostępny czajnik elektryczny, grille, a w zmywalni płyn do naczyń – wcale nie taka oczywista rzecz. Poza tym właściciel bardzo sympatyczny, bardzo pomocny.

DZIEŃ CZWARTY: MIELNO – DARŁÓWKO

Wygrzebaliśmy się ze śpiworów dopiero koło godziny dziewiątej, więc zanim się spakowaliśmy, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w drogę było prawie południe. A musieliśmy się jeszcze cofnąć jakiś kilometr, żeby zajechać do paczkomatu i nadać do domu kilka niepotrzebnie zajmujących miejsce w sakwach rzeczy. Na tym etapie mogliśmy też przepakować sakwy rozsądniej, bo wiedzieliśmy już czego i jak używamy.

Codziennie po około dziesięciu, piętnastu pierwszych kilometrach zatrzymywaliśmy się na kawusię. Tego dnia wypadło na malutką, opuszczoną przystań nad Jeziorem Jamno w miejscowości Łazy [54.305140, 16.193368]. Było tam kilka ławeczek, jakiś stary stolik z parasolem, miejsce na ognisko. Widać było, że ludzie lubią tam przychodzić, bo co chwilę ktoś wpadał posiedzieć chwilę i popatrzeć na jezioro.

Za Jeziorem Jamno trasa odbijała od wybrzeża. Jechaliśmy przez Iwęcino, Bukowo Morskie. W Iwęcinie oglądaliśmy średniowieczny kościółek, który w środku powinien być bardzo ciekawy. Zdjęcia, które znaleźliśmy w Internecie, były bardzo zachęcające, ale niestety nie dane nam było do niego wejść. Udało nam się jedynie zajrzeć przez okna. Tutaj rozstaliśmy się z kamyczkiem znalezionym na trasie Tychy – Pszczyna.

Z morzem spotkaliśmy się ponownie w Dąbkach, gdzie zatrzymaliśmy się na obiad w polecanym Soku z Żuka – pyszne zapiekanki, bajeczne frytki gofrowe. Adres to Darłowska 49c i jeżeli lubicie zapiekanki – polecam z całego serca.

Mieliśmy mały kłopot ze znalezieniem biwaku w Darłówku, więc kolejny raz zdecydowaliśmy się na kwaterę. Na szczęście tych w miasteczku jest mnóstwo, więc udało się znaleźć kogoś, kto nas przyjmie na jedną noc. Wieczór spędziliśmy na plaży podziwiając zachód słońca i goniąc mewy [to Rysiek, próbował się z nimi cały wyjazd zaprzyjaźnić].

DZIEŃ PIĄTY: DARŁÓWKO – SWOŁOWO – USTKA

To był najcięższy dzień jak dotąd. Chciałam odwiedzić Krainę w Kratę [tak jak na Green Velo uparłam się na Krainę Otwartych Okiennic]. Okazało się, że dojazd do Swołowa, stolicy Krainy wcale nie jest przyjemny – a może ja bez potrzeby zaufałam Google Maps, a samo miasteczko było przekopane na wylot przez ekipy budowlane. Ale zanim do tego doszło spędziliśmy bardzo miło czas na plaży niedaleko za Darłówkiem, gdzie napiliśmy się kawy i popluskaliśmy w morzu. Szlak na tym odcinku prowadził między morzem, a jeziorem Kopań. Miejscami było piaszczyście, ale na pewno urokliwie. A plażę mieliśmy praktycznie wyłącznie dla siebie.

Oczywiście na tym etapie nasze rowery wyglądają już zupełnie inaczej, niż na początku naszej wycieczki. Codziennie powiewają za nami ręczniki, skarpetki, koszulki – wszystko co wymaga suszenia, a na noclegu wyschnąć nie zdążyło. Jeżeli mam być szczera – z tym suszeniem jest bardzo ciężko, bo na biwakach zamkniętych suszarni nie ma, a wszystko co wywieszamy na noc – rano jest wilgotne od rosy.

Równie przyjemną mieliśmy miejscówkę na drugie śniadanie. Usiedliśmy sobie przy stołach na centralnym placu wioseczki Łącko. Plac był obsadzony drzewami i umeblowany do wypoczynku. Lokalni mieszkańcy siedzieli w wiatce i plotkowali. Do sklepiku co chwilę ktoś podjeżdżał. Była brukowana droga, był piętnastowieczny kościółek na wzgórzu. Zdaje się, że nawet wspomniałam, że mogłabym tam mieszkać.

Dzień skończyliśmy w Ustce, która – a jakże – jest miastem, w którym byłam na koloniach. W dodatku na pierwszych koloniach w moim życiu. I która – dla odmiany – nie zawiodła. Mam dla tego miasta zawsze miejsce w moim sercu i cieszę się, że akurat tak nam wypadło, że mogliśmy zostać tu na nockę.

Nocujemy na biwaku przy ulicy Polnej 8A. Ten biwak mieści się w ogródku domu prywatnego, ale jest odgrodzony od ulicy i sąsiadów. Ogród podzielony jest na część dla camperów i część dla namiotów. Ta namiotowa jest ogrodzona iglakami, rosną tu drzewa owocowe i generalnie ma się wrażenie, że nocuje się w sadzie u dziadków. Są oczywiście prysznice – w cenie, ubikacje, kuchnia w budynku i zadaszone patio. Do dyspozycji są meble ogrodowe, które można sobie rozstawić przez namiotem, czy sznurki do powieszenia prania. A kilka kroków od tego miejsca jest pralnia. Pójdziemy sobie zrobić pranie. Wszystkiego. Już trochę nas czuć zanim nas widać.

Poszliśmy na spacer wzdłuż wybrzeża. Zjadłam w końcu gofra – w tym samym miejscu, w którym jadłam gofry kilkadziesiąt lat temu. Rozważamy zostanie w Ustce i na biwaku na jeden dzień odpoczynku.

DZIEŃ SZÓSTY: ODPOCZYNEK W USTCE

To był bardzo przyjemny dzień. Poszliśmy sobie na spacer po okolicy Ustki i samym miasteczku, zjedliśmy fish and chips. Zostaliśmy na biwaku sami – jak paniska na włościach. Nawet nam nie przyszło na myśl zmieniać biwak – tak nam tu dobrze.

Dawno, dawno temu, kiedy jechałyśmy z mamą Green Velo miałam duży stres z zostawianiem roweru bez opieki. Miałam kilka zapięć, którymi łączyłam ze sobą wszystkie odkręcalne części roweru, plus przypinałam sakwy do roweru, a i tak decydowałam się na zostawianie go, tylko jak miałam go na oku, albo ktoś obiecał, że go popilnuje. Tym razem doszła jeszcze kwestia biwaków. Miałam malutką kłódeczkę, którą zamykałam wejście do namiotu jak oddalaliśmy się od noclegu. Plus nosiłam przy sobie elektronikę, dokumenty itp a mimo to, ta wycieczka mocno nadwyrężała moje pokłady zaufania do ludzkości. Ciężko mi było ufać, że wszystko zastaniemy tam, gdzie to zostawiliśmy, ale nic złego nas nie spotkało. Nikt nie próbował nas okraść, nikt nam nic nie zniszczył.

DZIEŃ SIÓDMY: USTKA – ŁOKCIOWE

W końcu trzeba było opuścić Ustkę i biwak. Na ten dzień mieliśmy zaplanowany zatopiony las w okolicy Czołpina, może latarnię i na pewno nocleg na Historic Camp.

Droga była całkiem przyzwoita, dopóki nie skręciliśmy w stronę zatopionego lasu. Niezły kawał drogi pchaliśmy rowery przez piach, a potem czekał nas jeszcze długi spacer plażą, żeby na koniec nie znaleźć zatopionego lasu i zostać zatrzymanymi przez drzewa zawalające plażę. W dodatku zaczęło siąpić, jak szliśmy plażą, co jeszcze nie było najgorsze, a potem lać, jak prowadziliśmy rowery przez piach [ja tym razem boso – nie było jak osuszyć stóp] i jechaliśmy w stronę biwaku.

Zastanawialiśmy się, czy idący od drugiej strony mają jakieś lepsze sukcesy w znajdowaniu tych pradrzew. Zdaje się, że kilka kikutów znaleźliśmy, ale czy to było to – nie wiemy.

Dojechaliśmy mokrzy, w ulewie. Szczęśliwie na biwaku jesteśmy sami, więc obwiesiliśmy wszystkie ławki swoimi rzeczami do wyschnięcia. Historic Camp to przyjemne miejsce, chociaż nie ma ogólnodostępnej kuchni, czy sklepu blisko. Ma za to super łazienki, prąd mieliśmy w cenie, a na miejscu działa punkt gastronomiczny, który serwuje między innymi wojskową grochówkę.

DZIEŃ ÓSMY: ŁOKCIOWE – STILO

Dzień pod znakiem deszczu. Nie dość, że nie udało nam się dosuszyć przez noc i nie mieliśmy dość suchych ubrań. To jeszcze dopadło nas kilka ulew. Zaklepaliśmy sobie nocleg na biwaku pod latarnią Stilo, ale już na ostatniej prostej zadzwoniłam, czy mają coś z dachem. Byliśmy zmęczeni, mokrzy i prehistoryczna przyczepka kempingowa wydała nam się szczytem marzeń. Najważniejsze, że mieliśmy dach nad głową, a uprzejma Pani z obsługi dała nam farelkę, więc mogliśmy wysuszyć buty, skarpetki i wszystko, co wymagało wysuszenia.

Przejeżdżaliśmy przez Łebę, która wydała się uroczym miasteczkiem, ale zdecydowanie nie mieliśmy na nią siły. Przysiedliśmy tylko w jednym z przyulicznych ogródków i napiliśmy się piwa Amber, które w końcu udało nam się znaleźć lane.

DZIEŃ DZIEWIĄTY: STILO – DĘBKI

Na trasę wyruszyliśmy wysuszeni i odpoczęci. Ale zanim wyjechaliśmy, zafundowaliśmy naszym rowerom małe spa.

Suche skarpetki i buty wprawiły nas w tak doskonały nastrój, że zamiast na zwyczajową poranną kawkę, zatrzymaliśmy się na piwko. Siedzieliśmy sobie na ławeczce z widokiem na morze i sączyliśmy bursztynowy trunek. Na horyzoncie pojawiło się coś jak pionowa chmura. Zanim się zdążyliśmy zorientować co to takiego, „chmura” ruszyła na nas i w niecałe dwadzieścia minut wszystko wokół było we mgle. Mgła nie zatrzymała się na nas i poszła dalej, ale pierwszy raz coś takiego widziałam. Zazwyczaj mgły się snują przy gruncie, a nie idą ławą.

Zatrzymaliśmy się na biwaku Kaszub Dębki. Jak na razie, najgorszy biwak na jakim byliśmy. Łazienki fajne, ale toalety w dużej części pozapychane, prysznic na monety [można płacić kartą, ale kartę – czy jak pewnie większość, telefon, musiałam zostawić poza prysznicem niezabezpieczony, bo w kabinie miejsca na niego nie było]. Kuchnia niby istniała, ale zamknięta. Żadnych stołów, ław, niczego gdzie można by usiąść i odpocząć, bądź zjeść. Mnóstwo camperów – część zapakowana w tarpy – chyba już na zimę, widać że tam zostaną po sezonie, więc był vibe opuszczonego obozowiska. Dość tłoczno, głośno. Generalnie nie jest to pole biwakowe, ale miejsce dla kamperów. Nocującym w namiotach nie polecam.

JASTRZĘBIA GÓRA – 3 DNI W LUKSUSACH

Po noclegu w Dębkach postanowiliśmy dojechać tylko do Jastrzębiej Góry. Zależało mi, żeby spędzić tam trochę czasu, bo zwyczajnie Jastrzębią Górę lubię. Udało nam się znaleźć nocleg na kwaterze dwa kroki od głównej ulicy za cenę biwaku. Pokój z umywalką, prysznic i toaleta wspólna dla dwóch pokoi na piętrze. Wszystko czyściutkie, zadbane, łóżka wygodne. Na dole kuchnia, na każdym piętrze lodówka, na ogródku stoliki na zadaszonym tarasie. Było nam tak dobrze, że postanowiliśmy zostać na drugą noc, a po niej na trzecią. Za każdą kolejną noc płaciliśmy mniej i w efekcie wyszło nas to taniej niż nocowanie na polu namiotowym. Co było o tyle korzystne, że na noclegu w Dębkach Ryśka materac zaczął tracić powietrze.

Jeden dzień poświęciliśmy na Jastrzębią Górę i okolicę, drugi na odwiedziny w Helu.

Na blogu jest już opis trasy rowerowej przez Półwysep Helski sprzed kilku lat, jeśli jesteście zaineresowani.

POWRÓT: JASTRZĘBIA GÓRA – GDAŃSK – TYCHY

Nasz bilet powrotny był biletem z Gdańska, więc żeby wrócić do Tychów, musieliśmy dotrzeć do Trójmiasta. W tym celu pojechaliśmy rowerami do Władysławowa, żeby tam wsiąść do pociągu do Gdyni. Niestety nie byliśmy w stanie kupić biletu na pociąg dla naszych pojazdów – na żaden z pociągów jadących tego dnia. A kilka ich było. Postanowiliśmy spróbować szczęścia z konduktorem. I nie tylko my.

Kiedy pociąg przyjechał rowerzyści ruszyli w poszukiwaniu konduktora, którego nie można było znaleźć. Zaryzykowałam decyzję, żeby wsiadać, a potem pytać czy można. Wrzuciliśmy rowery do pociągu, który miał dedykowany wagon rowerowy – prawie pusty. W ostatniej chwili przed odjazdem udało się złapać konduktora, który kazał wsiadać i obiecał, że do nas wróci. W końcu nikt nie miał biletów. A było nas sześcioro, czy ośmioro w samym naszym przedziale. Ale nigdy nie wrócił i suma sumarum wszyscy pojechaliśmy na gapę. Rowerów w pociągu było tyle, że ludzie robili zdjęcia i wysyłali rodzinom.

Ostatniego dnia pozwiedzaliśmy sobie Gdańsk, zjedliśmy obiad w KFC na dworcu i po piętnastej wyruszyliśmy, żeby jeszcze tego samego dnia, przed 22:00 być w Tychach. W tą stronę również nie mieliśmy problemów z rowerami. Co prawda normalnie powieszone przeszkadzały w przechodzeniu, ale zmieniliśmy ustawienie i było OK.